Suche | DE PL | Kontakt
vom 09.06.1860

Wilno – miasto kościołów i królów czy spóźnień i kryzysu narodowego?

Augustum-Annen-Gymnasium

Wokół nas rozciągające się po horyzont pustynie. Żar południowego słońca rzucał cień na nieliczne kaktusy, których obraz załamywał się w falującym powietrzu. Wykończeni i spragnieni, liczący na uczucie chłodnej bryzy, bez nadziei na odnalezienie źródła pitnej wody. Czy to Dziki Zachód? Nie, to Wilno i całodniowe spacery po mieście z panią przewodniczką – Grażyną – czerpiącą swoją niezmordowaną energię z litewskiego sera Džiugas, który nie zepsuł się nam nawet podczas kilkunastogodzinnej podróży powrotnej w przegrzanym bagażniku autobusu „Ecolines”. Było równie dużo różnego rodzaju produktów spożywczym z dodatkiem tego sera, co „akcentów” poruszanych przez panią Grażynę, oprowadzającą naszą grupę po wileńskiej starówce – w obu przypadkach być może za dużo i w obu przypadkach słońce nam nie służyło. Za nami bowiem przyszedł z Polski sierpniowy upał, a co za tym idzie, również narzekanie. Na szczęście koniec końców zamiast wody znaleźliśmy coś dużo bardziej orzeźwiającego. Ciemnozłote, gazowane… butelki kwasu chlebowego, oczywiście (Wikipedia: Kvass/Kwas chlebowy: napój klasyfikowany jako bezalkoholowy, mimo niewielkiej zawartości alkoholu). Pani Lach wstrzymała się od komentarza, jako że, cytując, była „jedynie osobą towarzyszącą” (patrz pani Lach, 19.08.2024, dowód rzeczowy zdjęcie poniżej).
 
Zapraszam na reportaż ze szkolnej wycieczki do Wilna rozszerzonego kursu języka polskiego, sierpień, rok 2024 – czyli dla jednych próba przywrócenia Księstwa Litewskiego, dla drugich walka ze spóźniającymi się taksówkami Bolta i mandaty za parkowanie skuterami, a dla trzecich wyścigi w wybieraniu najlepszego różańca dla babci.
 
Dzień pierwszy
 
Należałam do grupy osób, które pomimo przypomnienia o przesunięciu czasu o godzinę do przodu na Litwie, nie omieszkały się trzymać starej, dobrej, polskiej strefy czasowej przy codziennym powrocie na wieczorną zbiórkę. Nie było mowy o odesłaniu nas do Polski, bo Polska była wszędzie, gdzie okiem sięgnąć. Nie tylko dlatego, że nas wszędzie było pełno, ale głównie poprzez wszechobecne polskie tradycje i liczne elementy żywcem wyjęte z jednej z głównych polskich szkolnych lektur – „Dziadów” Adama „Adasia” Mickiewicza. I choć „Adaś” pisał w jednym ze swoich najsłynniejszych utworów „Litwo, ojczyzno moja…”,  nie braliśmy udziału w sporze o narodowość autora, bo wiadome jest, że tylko Polak byłby w stanie użyć przepisu na bigos jako środka stylistycznego (Polacy mogą pominąć, Niemcy – róbcie notatki).
 
Adam Mickiewicz „Pan Tadeusz”
Księga IV „Dyplomatyka i łowy”


W kociołkach bigos grzano – w słowach wydać trudno
Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;
Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,
Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.
Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,
Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.
 
Przecież i bez tych przypraw, potrawą nie lada
Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.
Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,
Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;
Zamknięta w kotle, łonem wilgotnym okrywa
Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;
I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie
Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie,
I powietrze do koła zionie aromatem.

Bigos już gotów. Strzelcy z trzykrotnym wiwatem
Zbrojni łyżkami biegną i bodą naczynie,
Miedź grzmi, dym bucha, bigos jak kamfora ginie,
Zniknął, uleciał; tylko w czeluściach saganów,
Wre para, jak w kraterze zagasłych wulkanów.
 
Swoją drogą, dzięki, ale moja babcia robi lepszy.
 
Wracając do wycieczki: Głównym elementem dnia był spacer po starówce. Minęliśmy Ostrą Bramę, gdzie modliła się matka Mickiewicza o zdrowie swojego syna (gdyby pomodliła się do polskiej Matki Boskiej Częstochowskiej, to może chciałoby się nam go dzisiaj czytać). Pani Grażyna pokazała nam wiele kawiarni, restauracji, ratusz oraz katedrę wileńską.  Po wszystkim udaliśmy się na zasłużony wypoczynek i, ku naszej radości, zrobili to również budowlańcy, hałasujący cały boży dzień przy remoncie za uchylonymi oknami naszych hotelowych pokoi.
 
Dzień drugi
 
Prosząc o zmianę klimatu, myśleliśmy raczej o powrocie do nadbałtyckiej temperatury, a nie na przejście ze słonecznej starówki na Cmentarz Na Rossie, tak czy siak – powiało chłodem. Przeszliśmy od majestatycznego grobu, a wręcz pomnika, pod którym pochowano serce marszałka Piłsudskiego u stóp jego matki i wokół patriotycznie przyozdobionych grobów żołnierzy jego armii do przygniecionego ogromnym głazem i obowiązanego grubym, metalowym łańcuchem, opuszczonego grobu Augusta Bécu, czyli domniemanego zdrajcy narodu, zabitego przez piorun kulisty, który wpadł przez otwarte okno jego mieszkania. (Przyznajcie się, który to?). Stwierdziliśmy też, że powiedzenie „O zmarłych należy mówić dobrze albo wcale” nie jest do końca prawdziwe, bo, jak widać, ponad tysiąckilogramowy głaz wyraża więcej niż tysiąc słów.
 
Już drugiego dnia zgodnie uznaliśmy, że Wilno to jedno z bardziej wielonarodowych, wielokulturowych i wieloreligijnych miast, jakie widzieliśmy, co potwierdziła wielka różowa cerkiew w centrum miasta. W środku, przy ołtarzu, leżały trzy zmumifikowane ciała prawosławnych męczenników, niegdyś powieszonych przez pogan na drzewie, które nadal stało przed wejściem. Jak widać konkurs na to, który z nich się szybciej rozłoży, wciąż trwa. Możliwość ucałowania stóp świętych mężów była akurat wtedy, mam nadzieję, że niestety, nieaktualna. Jeżeli miały miejsce niezadowolone westchnięcia, to zapewne wyparłam je z pamięci.
 
Do wieczora graliśmy w grę miejską, zwiedzając dalsze zakamarki Wilna. Minęliśmy pomnik Mikiewicza, który, według legendy, przynosi szczęście maturzystom, gdy pogłaskało się rąbek płaszcza lub ucałowało wystającą pietę. Znalazło się tak więc coś dla tych mniej i bardziej obrzydzonych dotykaniem ustami czegokolwiek w miejscu publicznym. Koniec końców każdy z nas miał za sobą minimum dziesięć powtórek któregoś z rytuałów, na wypadek, gdyby Adaś którejś nie zaliczył.
 
Dzień trzeci
 
Podróż w rozklekotanym, poradzieckim trolejbusie nie należy do naszych marzeń (Adaś, wygnany niegdyś w głąb Rosji, patrzy z oburzeniem, jak płacimy za bilet), jednak posłużył on jako środek transportu do pięknego kościoła Piotra i Pawła (nie mylić z polskim supermarketem), skąd potem udaliśmy się na Wieżę Gedymina, z której rozciągał się widok na panoramę Wilna. U jej stóp zrobiliśmy sobie zdjęcie – osobno dziewczyny i chłopcy – i gdyby ktoś miał wątpliwości, to tak, każdy na zdjęciu miał 17 lub 18 lat i nie więcej! Pamiętajcie, młodzi ludzie też mogą nie mieć włosów.
 
Kolejnym punktem na liście zwiedzania była Republika Zarzecza, czyli państwo w państwie, mające swojego prezydenta, swoje znaki, a nawet konstytucję, a następnie Uniwersytet Wileński, który podczas zaborów zamieniono na więzienie (tłumaczenie: dzwonek zadzwonił na lekcje), a na koniec pojechaliśmy na wieżę telewizyjną, z której widok na liczne boiska piłki nożnej wydawał się interesować niektórych bardziej niż historyczne zabytki.
 
Dzień czwarty
 
Na mecie czekał autobus, jeżdżący na trasie Troki – Wilno, którego przemiły kierowca poczekał na naszą w pocie czoła biegnącą grupę. Koniec peletonu zamykał pan Marek ze swoją żoną, którzy najprawdopodobniej po prostu chcieli od nas odpocząć lub wreszcie pokazać, jak denerwujące jest spóźnianie się (nie kwestionuję niczyjej formy, bo byłam zaledwie pięć metrów przed nimi). W Trokach przepłynęliśmy się łódką wokół zamku na wyspie, przeszliśmy się po osiedlu Karaimów, czyli plemienia pochodzenia tureckiego, ukochanego przez wielkiego księcia litewskiego – księcia Witolda. W zamian za dobre potraktowanie Karaimi otworzyli Litwinom liczne restauracje, w których po dziś dzień sprzedają pierożki zwane kibinami, mogące konkurować z polskim. Po powrocie mieliśmy, jak zresztą codziennie, czas wolny, o którym pisać nie będę, bo skończę pod głazem jak August Bécu.
 
Dzień piąty
 
Na ostatni dzień zostawiliśmy sobie jedynie wycieczkę do Muzeum Iluzji, w którym najprawdopodobniej zrobiliśmy więcej zdjęć niż przy jakimkolwiek innym zabytku historycznym (przepraszamy panią Grażynę).
 
Wyjątkowo niespóźnieni (nasi wychowawcy w szoku, ledwo doszli do siebie), szykowaliśmy się późnym wieczorem na odjazd autobusu z Wilna z powrotem do Wrocławia. Temperatura podczas podroży sprawiła, że zaczęliśmy tęsknić za godzinnymi spacerami z panią Grażyną i upałami pierwszych dni. Na szczęście nie ma niczego silniejszego od podirytowanej młodzieży z potrójną ilością adresów mailowych oraz możliwości wystawiania recenzji w Google, i choć ocena linii „Ecolines” spadła z 3.5 na 3.3, to ocena wycieczki pozostała przy 10/10!

von Róża Wołoskowska, kurs 12b