Wycieczka w Alpy 2025 - Nasz pamiętnik
Augustum-Annen-Gymnasium
Dzień 1 – Sobota, 15.06.
Start o 6:12 z dworca w Görlitz, a potem przez Drezno – Hof – Monachium – Innsbruck – Imst do Stillebach w Pitztal – przyjazd o 19:10. Szybko to raczej nie było – tanio, owszem :).
Dzień 2 – Niedziela, 15.06.
St. Leonhard w Pitztal. Jest godzina 7:30, słońce świeci, a Alpy wołają – podobnie jak pan Schnabel na śniadanie. Niestety nie wołał wystarczająco głośno, więc spóźniliśmy się 20 minut. Na szczęście Doris, nasza gospodyni, miała jeszcze wystarczająco dużo jabłek i kromek chleba.
O 9:00 wyruszyliśmy punktualnie – jak to Niemcy – radośnie w drogę. W drodze do Arzler Alm słońce JESZCZE świeciło nam prosto w twarz, ale napotkaliśmy także krowy i cielaki, które zostawiały brązowe placki na łąkach. Po pokonaniu drogi przywitała nas „Doris 2.0”, która godzinę później czekała na nas również na hali.
Tam, ciężko oddychając, napełniliśmy butelki przy studni, przy okazji oblewając się nawzajem kilkoma kroplami. Ponieważ było ciepło, nie miało to większego znaczenia i szybko zasnęliśmy w trawie – dzwonki krów były naszą kołysanką. Po 20 minutach jednak musieliśmy się podnieść, bo szczyt już na nas czekał.
Upał był trochę zbyt uciążliwy i wspinaczka stawała się trudniejsza. Na szczęście po drodze pojawił się lodowcowy strumień, w którym każdy mógł się ochłodzić. Kilka metrów wyżej wreszcie zobaczyliśmy długo wyczekiwany cel: krzyż na szczycie Rappenkopf.
Ku naszemu rozczarowaniu, księga na szczycie była już całkowicie zapełniona. Dlatego wszystkie „wędrowne dziewczyny” podpisały się na osobnej kartce i musiały nawet ułożyć mały wierszyk. Flagi nepalskie pani Götz również znalazły swoje miejsce i rozjaśniły nieco zachmurzone niebo. Po zaledwie 10 minutach spadł na nas pierwszy deszcz. Długa przerwa obiadowa dosłownie poszła w wodę.
W drodze powrotnej do Arzler Alm towarzyszyło nam na szczęście znów słońce. Podzieliliśmy się więc: część została jeszcze trochę na hali, a my – Miri, Zosia i Toni – (głupi pomysł?) postanowiłyśmy zejść już wcześniej.
Trzy dziewczyny same w lesie – czy to mogło się dobrze skończyć? Niestety, nie do końca. Nagle niebo zaczęło grzmieć, chmury gęstniały, a korony drzew poruszały się w rytm wiatru. Ulewny deszcz dał nam wymarzoną kąpiel, choć trochę zbyt wcześnie. Krzycząc, zaczęłyśmy biec w dół. Buty szybko zamieniły się w małe stawy. Wokół błyskało i grzmiało, ale nigdzie nie było widać nic poza lasem i drogą. Droga prowadziła tylko prosto – o powrocie nie było już mowy.
Google Maps twierdziło, że zejście do doliny zajmie nam 1 godzinę i 20 minut. Dzięki adrenalinie dokonałyśmy tego w 30 minut. Kiedy wreszcie zobaczyłyśmy pierwszy dom, pojawiły się też samochody i ludzie – ratunek był pewny. Kamień, który spadł nam wtedy z serca, był największy od bardzo dawna.
Całkowicie przemoczone i drżące z zimna szybko wróciłyśmy do naszej kwatery. Po drodze minęłyśmy padok z małym źrebakiem, zagrodę bawołów i oborę z cielakami. Potem każda z nas oddała się długiemu, gorącemu prysznicowi i krótkiemu odpoczynkowi w łóżku.
O 18:30 Doris czekała już z codziennym 4-daniowym menu: zupa, sałatka, sznycel z frytkami i budyń czekoladowy. Wieczór spędziliśmy na rozmowach w przytulnej izbie. Co za pełen wrażeń dzień – a deszcz wciąż nie przestawał padać!
Dzień 3 – Poniedziałek, 16.06.
Było mgliście i wyglądało deszczowo, kiedy opuściliśmy naszą kwaterę. Autobusem pojechaliśmy do sąsiedniej wioski. Stamtąd rozpoczęliśmy wędrówkę szlakiem prowadzącym do schroniska Rüsselsheimer Hütte – około 900 metrów przewyższenia.
Trudno, ale z chęcią poznania Alp, wspinaliśmy się pełni energii i radości, zawsze gęsiego za panem Schnablem. Od czasu do czasu mgła się rozjaśniała, odsłaniając nam przepiękne górskie widoki.
Playlisty z utworami Coldplay, ABBY, Bibi i Tiny oraz wielu innych życzeń muzycznych ciągle nas motywowały. Nawet pan Schnabel był tak poruszony, że włączył latarkę w telefonie i stworzył prawdziwy koncertowy klimat.
Z muzyką i zapierającym dech w piersiach krajobrazem dotarliśmy na górę. Tam czekała najpiękniejsza część dnia: ponad chmurami, z pysznym jedzeniem i wspaniałym towarzystwem – zupełnie sami, bez innych gości. Była gitara, więc wykorzystaliśmy ją, śpiewając głośno i radośnie karaoke. Pan Schnabel i Johanna przejęli główne role i nam akompaniowali.
Powrót był ciężki. Strome podejście w dół stało się teraz naszą zmorą. Ale ten wysiłek został nam osłodzony widokiem dwóch ślicznych świstaków. Patrzyły na nas zaciekawione i nie ruszały się ani o centymetr. Zachwyceni chwilą, zatrzymaliśmy się na krótko.
Na dole przywitały nas przyjazne krowy, które zachwyciły nas swoim pięknym futrem i ufnością. W domu czekała już nasza kochana Doris z pyszną kolacją. Dzień zakończyliśmy krótkim spacerem do pobliskiego stawu z tratwą – i tak pożegnaliśmy kolejny wspaniały dzień.
Dzień 4 – Wtorek, 17.06.
Zaczęliśmy dzień trochę zmęczeni. Paye miał od wczorajszej wędrówki ból kolana, ale po tym, jak pani Götz profesjonalnie go okleiła taśmą, a my nacieszyliśmy się pysznym śniadaniem, wyruszyliśmy na szlak. Po krótkiej podróży autobusem ruszyliśmy pieszo górskimi drogami i wspinaliśmy się przez różne błotniste łąki w stronę Mauchele Alm. Tam zrobiliśmy przerwę, wygrzewaliśmy się w słońcu i zajadaliśmy pysznym ciastem, zanim ruszyliśmy wyżej w stronę Brechsee.
Na górze od razu wdrapaliśmy się na skałę w jeziorze, aby zrobić idealne zdjęcie grupowe. W pięknym krajobrazie lodowatego górskiego jeziora Elias wyciągnął też swojego drona, aby zrobić wyjątkowe ujęcia. Po dłuższym odpoczynku zeszliśmy z powrotem do Söllberg Alm. Tam przywitał nas sympatyczny gospodarz Franz, ubrany w tradycyjny austriacki strój.
Przy pysznym Kaiserschmarrn Paye zapytał niespodziewanie, czy gospodarz potrafi jodłować. Wtedy Franz od razu wyjął akordeon i zaczął grać tradycyjne tyrolskie melodie. My natychmiast przyłączyliśmy się pełnym głosem i daliśmy z siebie wszystko podczas jodłowania. Małe ćwiczenie jodłowe dla was: „hol’n Rührei, hol’n Radio.”
Po tej emocjonującej muzycznej chwili i wspólnym zdjęciu z Franzem wyruszyliśmy w drogę powrotną. O 18:00 dotarliśmy zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi do pensjonatu, gdzie Doris znowu czekała już z pyszną kolacją. Tym razem poszliśmy spać wcześniej, aby zebrać siły na jutrzejszą wędrówkę.
Dzień 5 – Środa, 18.06.
Piąty dzień był zdecydowanie najtrudniejszy – choćby dlatego, że śniadanie mieliśmy już o 6:45 (o rany!). Z piosenką „Paul i jego koń” wciąż w uszach pojechaliśmy autobusem do Mittelberg. Stamtąd ruszyliśmy w stronę schroniska Braunschweiger Hütte, choć z dołu wcale nie wyglądało, jakby dało się je osiągnąć.
Najpierw szliśmy w cieniu doliny, gdzie spotkały nas pasące się konie i krowy. Po kilku pieszczotach wspięliśmy się wąską ścieżką wzdłuż wodospadu. Słońce, które na początku przyjemnie grzało, szybko stało się naszym przekleństwem – smarowaliśmy się więc kremem z filtrem i zakładaliśmy kapelusze i okulary przeciwsłoneczne.
Podziwiając świstaki, wspinaliśmy się po mniejszych i większych skałach, aż dotarliśmy do (nieośnieżonej!) trasy narciarskiej. Stromym podejściem weszliśmy wyżej i mogliśmy już zobaczyć (brudny) lodowiec. Ostatni odcinek – kamienista ścieżka – wymagał pełnej koncentracji, ale doprowadził nas w końcu do schroniska.
Na górze najpierw rozkoszowaliśmy się pysznym jedzeniem – naprawdę wartym polecenia. Wzmocnieni ruszyliśmy z nepalskim przewodnikiem górskim, Macchindrą, na Karleskopf. Tam, razem z panią Götz, wprowadził nas w nepalską tradycję, w której życzy się światu pokoju.
W drodze powrotnej pani Koch niespodziewanie zaczęła nas obrzucać śnieżkami – przecież regulamin szkolny tu nie obowiązywał 🙂. Cała scena była dodatkowo okraszona piosenką „Chcesz ulepić bałwana?” z filmu "Frozen".
Z tym refrenem w głowie poradziliśmy sobie z trudnym zejściem. Im niżej schodziliśmy, tym było goręcej – niestety. W upale czekaliśmy na autobus, który na szczęście zawiózł nas prosto na kolację. Nasza kochana Doris przygotowała wyśmienite curry warzywne, które od razu pochłonęliśmy.
Pełni pięknych wrażeń, ale bardzo zmęczeni, od razu padliśmy do łóżek.
Dzień 6 – Czwartek, 19.06.
Z melancholią rozpoczęliśmy ostatni dzień wędrówki. Celem był Rifflsee. Po drodze ktoś dostał krwotoku z nosa, co dało nam „niestety” nieco dłuższą przerwę.
Jako wytrenowani wędrowcy pokonaliśmy 600 metrów przewyższenia niemal w locie. Na górze położyliśmy się na łące na krótki odpoczynek – tylko po to, by dowiedzieć się, że jezioro jest jeszcze 10 minut dalej. Na miejscu, przy malowniczym turkusowym Rifflsee, urządziliśmy kolejną dłuższą przerwę: zjedliśmy drugie śniadanie, moczyliśmy nogi w wodzie i obserwowaliśmy ryby.
Ponieważ było tam zbyt pięknie, by tak szybko odejść, przedłużyliśmy pauzę o kolejne pół godziny i wygrzewaliśmy się na górskiej łące.
Podczas zejścia głaskaliśmy osły, konie i krowy pasące się na hali. W Taschachalm kupiliśmy nagradzany ser i oczywiście zjedliśmy (znowu). Z głośników znów popłynęła piosenka „Paul i jego koń”, więc nie mogliśmy się powstrzymać od wspólnego śpiewu.
Powrót odbył się już samodzielnie – pieszo albo autobusem. Wszyscy dotarli i mogli wykonać codzienny rytuał Kneippa.
Na kolację Doris podała Kaiserschmarrn, który pochłanialiśmy, jakby jutra miało nie być (a w sumie go nie było ☹). Wieczór wypełniła kultura: tańce, joga górska, gry, zagadki i wspomnienia. Ponieważ następnego dnia czekała nas tylko podróż pociągiem, niektórzy nie uznali za konieczne wcześnie się kłaść. Patrzyli długo w rozgwieżdżone niebo.
Następnego dnia czekał nas nieunikniony powrót – z jednym okiem śmiejącym się, a drugim zapłakanym. Jak mówi nasz własny wiersz z wędrówki:
„Przez lasy i przez kamienie,
to tylko wolności spełnienie.
W zachwycie patrzymy w dal,
bo wędrować to nasz życiowy cel.”
Dzień 7 – Piątek, 20.06.
Powrót do domu – równie długi jak podróż w tamtą stronę. I tak o 22:48, wjazdem na dworzec w Görlitz zakończyła się alpejska wyprawa 2025.
